Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

7.1.17

[1] pre

Kap. Kap.
Cisza. Odetchnęła głęboko. I jeszcze raz.
Otworzyła oczy. Otaczała ją ciemność. Usiadła na łóżku. Materac był twardy i niewygodny, skrzypiał przy każdym ruchu.
Przydałyby się tu okna, usłyszała głos w głowie. Uśmiechnęła się. Głos, który był z nią od zawsze, który zawsze ją wspierał i dbał o nią jak nikt inny. Głos, który wpakował ją w to wszystko.
Nie, powtórzyła sama do siebie. To nie jego wina.
Miło, że tak myślisz, ale nie powinnaś się okłamywać. Wszystkich innych tak, ale nie siebie.
To nie twoja wina.
To nasze ostatnie chwile razem, zmienił nagle temat. Nie chciała o tym rozmawiać. Jednak zdawała sobie sprawę, że następnej okazji już mieć nie będą. Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.
Nie mów tak, bo się poryczę.
Też będę tęsknił. Jak to mówią ludzie? Na zawsze pozostanę w twoim sercu, zarecytował teatralnie. Nawet się uśmiechnęła.
Wytarła łzy, a po chwili nagle się skrzywiła i złapała za brzuch.
Zapłacą za to. Wiesz, że zapłacą, prawda? Ja nie rzucam słów na wiatr.
Ścisnęła dłonie w pięści i przygryzła wargę. Po chwili poczuła na języku znajomy, metaliczny posmak.
Przestań. Musisz się tego oduczyć, to strasznie niezdrowe.
Zaopiekuj się nią.
Nie musiałaś mi tego mówić. I tak raczej nie będę miał nic innego do roboty, co nie? Może oprócz skopania kilku tyłków.
Parsknęła śmiechem. Przetarła dłonią drugi policzek.
Nie pozwolę, żeby cokolwiek ci się stało. Kocham cię.
Proszę, to jedyne...
Ani tobie ani dziecku.
Dziękuję.
Podziękujesz mi jak już się stąd wyrwiemy i będziemy żyli długo i szczęśliwie na jakiejś farmie ryżu w Wietnamie.
Czemu w Wietnamie?
Ah, czemu zawsze zadajesz tyle głupich pytań? Po prostu kiedyś...
Przerwał, gdy nagle drzwi otworzyły się z impetem, tym samym wpuszczając do pomieszczenia blade światło. Zakryła przyzwyczajone do ciemności oczy i dopiero po chwili spojrzała na tyczkowatego mężczyznę, który dumnie stanął w wejściu. Kasztanowe włosy były potargane, bujna broda trochę dłuższa niż zwykle, ale poza tym prezentował się całkiem normalnie. Czysta buzia, brak cieni pod oczami, nawet chyba zmienił tą przepoconą koszulkę. Wyglądał jak kompletnie inny człowiek. Ta zmiana nie wróżyła nic dobrego.
- Witaj, Madziu. Bardzo mi przykro, ale Joshua nie...
- Zamknij się, Clayton - przerwała mu spokojnie i, korzystając ze wszelkich dostępnych zasobów odwagi, spojrzała mu prosto w te paskudne, brązowe oczy. - Wiem, co mu zrobiliście.
Mężczyzna obserwował ją niewzruszony przez dłuższą chwilę, a potem uśmiechnął się niewinnie. Zrobił krok w jej stronę.
Zajebię go.
Nie klnij.
- Dziecko jest gotowe - wyszeptał w końcu, kucając przy jej łóżku. Położył dłoń na jej brzuchu i zaczął leniwie zataczać na nim kręgi. Drgnęła, ale nie zrzuciła jego dłoni. To i tak nic by nie zmieniło. Wolała nie ryzykować, z tym szaleństwem w oczach był nieprzewidywalny.
Mężczyzna oblizał chciwie usta, a po chwili zbliżył twarz do jej ramienia i przyłożył je do jej chłodnej skóry.
- A ty, Mal?
- Nie mów tak do mnie. Nie ty.
Jego uśmiech znikł. Zauważyła, jak ścisnął dłoń na jej brzuchu w pięść, jak walczy sam ze sobą. W końcu wstał i spojrzał na nią z wyższością.
- Idziemy.
Chwycił ją pod pachę i zmusił do wstania. Jęknęła i zgięła się wpół, ale jego to nie interesowało - dalej agresywnie ciągnął ją za sobą, aż zniknęli za framugą drzwi.
Jednak ona nie mogła przejść przez barierę.
Poczuła, jak nagle jakaś potężna siła wyrzuca ją z ciała. Dryfowała w tej próżni, bezużyteczna, zamknięta w tym pomieszczeniu, może nawet na zawsze.
Przez otwarte drzwi do pokoju wlał się obrzydliwy odór mieszaniny krwi i łez, od którego wszystko stało się jakby jeszcze cięższe. Nie miała siły, jej oczy same zaczęły się zamykać. Długo po zamknięciu drzwi nadal słyszała wrzaski, płacz, wszystko. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zacisnęła pięści, paznokcie powoli przebijały zewnętrzną część skóry.
Nie mogła znieść tej bezczynności.  Chciała się stąd wydostać, pomóc tej kobiecie, cokolwiek.
Była zbyt słaba.
Panikowała. Mijały sekundy, minuty, godziny, a ona, jakby zatrzymana w czasie, dalej była uwięziona w tym miejscu i musiała być świadkiem tego wszystkiego.
Z wdzięcznością przyjęła mrok, który wyłączył światło, dźwięki, zapachy... Wyłączył ją. Nie opierała się.
Nic już nie zostało, była niczym. I nie przeszkadzało jej to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz